NIEREGULARNIK * *-wg. klasyfikacji J. Waluszko, notatnik prowadzony nieregularnie.

Ciechanki

2013-07-27 16:49:16, komentarzy: 0

 Pewnego dnia, przeglądając rodzinne dokumenty zorientowałem się, że mogę kożystać z kawałka łąki, gdzieś w okolicach Puchaczowa. Zabrałem więc dokumenty

i pojechałem do Urzędu Gminy w Puchaczowie dowiedzieć się dokładnie co to jest? Gdzie ta łąka się znajduje? Okazało się, że jest to kawałek podmokłej łąki pod Ciechankami, tuż nad brzegiem Mogielnicy. A dokładną lokalizację znajdę na internetowym Geoportalu. Metodą prób i błędów odkryłem, że Pani z UG chodziło o rządowy Geoportal.

 W najbliższą sobotę zrobiłem prosty szkic, czy raczej opis ścieżki wiodącej na działkę. Spisałem też koordynaty GPS, zainstalowałem stosowną aplikację w telefonie, aby jakoś zlokalizować działkę na miejscu. I około 10 ruszyłem na dworzec PKS „Podzamcze” złapać busa do Łęcznej, a stamtąd busa na Łańcuchów, Milejów.

W Łęcznej czytając rozkłady zorientowałem się, że, chyba, najbliższy bus będzie po 17. Minęła 11, więc stwierdziłem bezsensowność czekania, gdyż szybciej dojdę na piechotę, zwłaszcza, że prowadzi tam prosta droga. Ale postanowiłem skorzystać ze starej turystycznej zasady: „koniec języka za przewodnika” i zapytać kogoś z miejscowych o inne połączenie: „Tak, jest bus za ok 1,5 h.”. Pomyślałem, że lepiej poczekać półtorej godziny, niż iść dwie. Wtedy nie wiedziałem jeszcze ile zajmie mi pokonanie tej trasy pieszo.

Gdy podjechał autobus upewniłem się, czy jest to właściwy pojazd. „Tak, to ten.”

Wsiadłem, lecz kierowca powiedział, iż o tej godzinie tą trasą nie jeździ. Mocno zirytowany stratą czasu, postanowiłem ruszyć na piechotę. To była błędna decyzja, powinienem najpierw ochłonąć.

Po kilkunastu minutach od opuszczenia Łęcznej, zacząłem zastanawiać się czy na pewno idę dobrą trasą, gdyż ostatnio jechałem tędy do Puchaczowa. W tym momencie przypomniałem sobie, że mam zapisaną w telefonie mapę okolicy. „Odpaliłem” nawigację i faktycznie, idę złą trasą. Na szczęście biegnąca po drugiej stronie szosy polna droga powinna doprowadzić mnie do Ciechanek.

 W Ciechankach szybko odnalazłem boczną „uliczkę” prowadzącą na łąkę. Ruszyłem

ścieżką, a dokładnie śladami kół, z pamięci. W pewnym momencie kilkanaście metrów przede mną dostrzegłem, jak dwie sarny wyłoniły się z trawy i popędziły do lasu. Niestety, aparat wraz z obiektywem spoczywał jeszcze w plecaku, gdyż chciałem jak najszybciej dotrzeć na miejsce, a z uwagi na popołudniową porę dnia myślałem,ze żadnych zwierząt nie spotkam. Ochłonąwszy z emocji, doszedłem do wniosku, że idę złą drogą. Wyciągnąłem notatki i ruszyłem do punktu wyjścia. Tuż przed gospodarskimi zabudowaniami, po prawej stronie dostrzegłem inną ścieżkę, a raczej ślady kół w którą skręciłem. Nad rzeczkę trafiłem już bez większych problemów.

 Mogielnica wygląda bardziej jak zupa, niż rzeka. Ale płynęła wartko. Zdjąłem plecak, żeby wyjąć metalową flaszkę i ugasić pragnienie. W tym momencie na drugim brzegu z kępy trawy wyskoczyła kolejna sarna i pomknęła do pobliskiego lasu. Ja dopiero zaczynałem otwierać drugą komorę plecaka, w której mam sprzęt fotograficzny... No nic, może następnym razem będę miał więcej szczęścia.

Zrobiłem kilka ujęć najbliższej okolicy i postanowiłem odpocząć trochę. Około 16:30

ruszyłem w drogę powrotną do Łęcznej (wysyłając SMS-em krótki raport sytuacyjny tacie), mając nadzieję, że zdążę na na ostatniego busa do Lublina (nie sprawdziłem tego dokładnie w domu-liczyłem, że cała wyprawa zajmie mi nieco mniej czasu; cóż wycieczki planuję samodzielnie od niedawna, wcześniej planowaniem zajmował się mój ojciec, ale wyjechał z kraju za chlebem.). Pokonanie drogi do Łęcznej, dziurawej jak ser szwajcarski, albo polskie drogi; zajęło mi ok. 1h 20 min. Tak że zdążyłem jeszcze kupić małą butelkę napoju na drogę zanim wsiadłem do autobusu do Lublina.

W następną sobotę postanowiłem pojechać wcześniej. Przed wyjściem z domu sprawdziłem, czy mam skonfigurowany internet w telefonie, okazało się że nie. Na stronie operatora nie znalazłem wszystkich niezbędnych informacji, zaś próba pobrania parametrów przez SMS też się nie powiodła. Również próba połączenia z obsługą klienta...Cóż, co ma być to będzie. Jadę, szkoda dnia!

Oczywiście, znów podróżowałem z przygodami. Na drodze do Łęcznej, chwilę przed naszym busem doszło do kolizji. Objechaliśmy miejsce wypadku przez Kolonię Łuszczów.

Do Ciechanek dotarłem w miarę szybko. Tuż przy wejściu na łąki, wyciągnąłem aparat z plecaka i podpiąłem teleobiektyw, może będę miał szczęście i sfotografuję jakąś zwierzynę. Tym razem szczęście nie dopisało. Do samej działki niczego ciekawego nie zauważyłem. Dla poprawy samopoczucia zrobiłem kilka ujęć krajobrazu. Ugasiwszy pragnienie, podłączając ponownie obiektyw tele, ruszyłem z biegiem rzeczki w stronę pobliskiego lasu. Miałem w planach dotarcie do samego Wieprza.

Tuż przed ścianą lasu zaczęła latać w moim pobliżu para czajek. Niestety, z uwagi że fotografuję obiektywem manualnym większość ujęć wylądowała w koszu. (Najlepszy przyjaciel fotografa? Kosz na śmieci!). Idąc skrajem lasu, a brzegiem Mogielnicy dotarłem do solidnej betonowej przeprawy. Tu w ruch znów poszedł obiektyw standardowy- tzw. „kitowy”. Próbowałem wędrować drugim brzegiem rzeki, lecz ta ścieżka okazała się zbyt podmokła. Wróciłem więc na główną drogę. Po drodze zatrzymałem się sfotografować oczko wodne w lesie.

Główna droga doprowadziła mnie do sporego rozlewiska. I tu fotografowałem krajobraz. Zawróciłem, po drodze fotografując małą żabę. Wybrałem więc inną ścieżkę. W pewnym momencie usłyszałem szelest biegnącego małego zwierzątka. Warchlak? Raczej nie, bo jeden?

W tym momencie u moich stóp stanęła, jak wryta, wiewiórka. Powoli zacząłem celować w nią obiektywem i wołać „baśka, baśka!”. W tej samej chwili zwierzątko zorientowało się, że to dziwne łaciate drzewo, to człowiek i czmychnęło w swoją stronę. A ja zostałem śmiejąc się półgłosem. Idąc ścieżką doszedłem do łąki naprzeciw „mojej” działki. Idąc wzdłuż ściany lasu dotarłem do kolejnego rozlewiska, postanowiłem coś zjeść i się napić. Po tym lekkim objedzie, ruszyłem z powrotem w stronę działki. Po drodze sfotografowałem jeszcze dwa jaskry, pomyślałem, że nadadzą się na „cyfrową” laurkę z okazji Dnia Matki.

 W drodze do Łęcznej postanowiłem, że następnym razem przyjadę tu na co najmniej dwa dni, tak aby wstać jeszcze o zmroku i o świcie znaleźć jakieś dobre miejsce skąd mógłbym sfotografować jakieś zwierzęta, lub ptaki. Zwłaszcza, że kiedy byłem tu pierwszy raz, zdawało mi się iż słyszę odgłosy żurawi. 

« powrót

Dodaj nowy komentarz

Wyszukiwarka

Kategorie

Brak kategorii

Kreator www - przetestuj za darmo